ANDRZEJ  SZALAWSKI
Właściwie Andrzej Pluciński. Urodził się 4 grudnia 1911 w Warszawie, Studiował w PIST, u Aleksandra Zelwerowicza, uczęszczał na lekcje śpiewu do Adama Didura i Ady Sari. Jako student zadebiutował w 1929 roku w obrazie - "Pierwsza miłość Kościuszki", jako adiutant Naczelnika, wystapił w ekranizacji powieści "Dziewczęta z Nowolipek" jako Ignaś Pędzicki. Odniósł sukces, po ukończeniu nauki otrzymał angaż do Teatru Wielkiego we Lwowie. Przeniósł się Poznania, gdzie odkrył go ówczesny łowca talentów, Arnold Szyfman zaproponował młodemu aktorowi angaż w Teatrze Polskim na sezon 1939/40... Niezwykle przystojny, wysoki, szczupły, o wspaniałej sylwetce i szlachetnych rysach twarzy, Miał cudowny, aksamitny głos, czarujący uśmiech, ujmujący sposób bycia wielką wrażliwość, uczuciowość i uczciwość, graniczącą z naiwnością. Przy wszystkich swich walorach był postacią tragiczną, ofiarą polityki i błędów sądów, które skazały niewinnego człowieka na unicestwienie. Miał stopień oficerski, na początku września 1939 roku otrzymał rozkaz dołączenia do swojego oddziału, w Gródku Jagiellońskim, brał udział w obronie Lwowa. Gdy miasto zajęła Armia Czerwona, Szalawski przyłączył się do zespołu Aleksandra Węgierki w Białymstoku, tam zakazy grania podziemnego ZASP-u nie obowiązywały. Po wystawieniu kilku sztuk w tajemniczych okolicznościach Węgierko został zamordowany przez hitlerowców - teatr przestał istnieć. Szalawski wrócił do Warszawy, spotkał Jadwigę Plucińską, która pracowała w niemieckiej agencji Deutsche Wochenschau, dał się namówić na spotkanie z jej szefami, niski ciepły głos Szalawskiego zachwycił Niemców. Jednak kiedy zorientował się, że został wmanewrowany w czytanie Wiadomości znienawidzonych przez warszawiaków, kłamliwych i obrażających Polaków przez uliczne szczekaczki, nie chciał tej pracy. Przedstawiał argumenty, które miały go zdyskwalifikować w oczach szefów radiostacji. Oni jednak chcieli go mieć za wszelką cenę. Zniesmaczony i zdesperowany zwrócił się z prośbą o pomoc do Stanisława Niewiarowicza, aktora, reżysera i komediopisarza. Znali ze scen teatralnych, razem walczyli w obronie Lwowa. Niewiarowicz był w Warszawie szefem brygady kontrwywiadu ZWZ, i po konsultacjach ze swoimi zwierzchnikami poradził Szalawskiemu, by został w niemieckiej rozgłośni, gdzie będzie miał okazję przysłużyć się polskiemu podziemiu. Szalawski został dokłanie sprawdzony, po czym złożył przysięgę i dalej czytał niemieckie wiadomości. Miał dostęp do materiałów redakcji, dostarczał kontrwywiadowi cennych informacji o miejscach masowych egzekucji, wykradał unikatowe zdjęcia (m.in. zdjęcia z egzekucji w Palmirach), informował o kolaborantach. Ani Niemcy, ani warszawiacy, zmuszani do słuchania szczekaczek, nie mieli pojęcia o podwójnej roli, jaką odgrywał. O tym wiedzieli tylko jego bezpośredni zwierzchnicy w AK - Stanisław Niewiarowicz i dziennikarz, Kazimierz Moczarski, autor wydanego po wojnie bestsellerowego wywiadu-rzeki "Rozmowy z katem". W związku z niechęcią środowiska podjął próbę odejścia z kroniki filmowej, udało się to w lipcu 1943 roku, nadal grał w jawnych teatrach Komedia, Miniatura, Jar i Maska. Przysporzyło mu to wiele nieprzyjemności. Zaczęto uważać go za kolaboranta...Był oficerem kontrwywiadu, członkiem Wydziału Śledczego Komisji Walki Podziemnej na Warszawę ( podporucznik ps." Florian”), .
Kazimierz Moczarski, dziennikarz i prawnik, kierownik tego oddziału AK, wiosną 1944 roku otrzymał zlecenie śledztwa w sprawie domniemanej kolaboracji Szalawskiego, stwierdził z całą odpowiedzialnością, że Szalawski owszem, pracował dla Niemców, ale na polecenie AK. Aktor otrzymał dokument, który zaświadczał o jego niewinności. Przechowywał go jak cenną relikwię w domowym archiwum do końca życia. I tylko tyle mógł z nim zrobić. Kiedy po 1945 roku ujawnił się podziemny ZASP, przystąpił do rozliczania artystów, którzy podczas wojny współpracowali z Niemcami. Szalawski nie stanął przed komisją weryfikacyjną - osądzono go zaocznie - znalazł się na czarnej liście, nie wolno mu wykonywać zawodu aktora. Na nic zdały się tłumaczenia i dokument, który dostał od Moczarskiego. AK również znalazła się na liście organizacji, które rzekomo działały na szkodę Polski, jej działacze musieli się ukrywać. Kazimierz Moczarski jako jeden z pierwszych został aresztowany i osadzony w więzieniu na Rakowieckiej. Jedyne, co mógł zrobić Szalawski, to z pokorą przyjąć krzywdzący werdykt sądu koleżeńskiego. Przebywał w Lublinie, gdzie zgromadziły się władze wyzwolonej Polski, z nadzieją, że uda mu się uzyskać rehabilitację. Robił wszystko, co mu zlecono. Był chłopcem na posyłki, kierowcą, ordynansem. W Jeleniej Górze, usługiwał pułkownikowi, mianowanemu na dyrektora teatru. Gdyby nie talent dyplomatyczny Szalawskiego, jego takt i subtelne poczucie humoru, nie udałoby się tam zrealizować żadnego przedstawienia. On jeden potrafił rozładować napiętą atmosferę. Jego zdolności mediacyjne i pomoc doceniał nie tylko zespół jeleniogórskiego teatru, ale i ministerstwo kultury. Wanda Telakowska, ówczesny kierownik jednego z wydziałów, zachwycona młodym, zdolnym aktorem, któremu władze PKWN powierzyły rolę służącego aparatczyka, pisała do ministra kultury i władz ZASP petycje by skrócono mu okres zakazu występów na scenie. ZASP zgodził się odwiesić zakaz. Natychmiast wykorzystał to Leon Schiller, kierujacy Teatrem Wojska Polskiego w Łodzi. Ściągnął Szalawskiego i uczynił z niego gwiazdę swojej sceny. W 1948, roku podczas prób "Igraszek z diabłem" Jana Drdy, aktora aresztowali funkcjonariusze UB. Został skazany za kolaborację z Niemcami, na karę czterech lat więzienia i konfiskatę mienia ( w 1952 roku – uniewinniono Go, ale nie zrehabilitowano). Pisma do Bieruta o ułaskawienie pozostały bez echa. Odsiedział cały wyrok. Wyszedł z więzienia jako człowiek złamany, z poczuciem piętna i straszliwej krzywdy, jaka miała mu towarzyszyć do ostatnich dni życia. Po zwolnieniu z więzienia pracował w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, Teatrze Narodowym i Powszechnym w Warszawie, Wybrzeże w Gdańsku. W 1956 roku wrócił do gry w filmach, wystapił w ponad 40, jest znany przede wszystkim z roli Juranda ze Spychowa w filmie historycznym Krzyżacy (1960). Pozornie wszystko funkcjonowało normalnie. Mógł pracować w zawodzie, otrzymywał propozycje jednak cały czas czuł wokół siebie ostracyzm. Niektórzy koledzy ostentacyjnie odwracali się do niego plecami, inni demonstracyjnie nie podawali mu ręki. Uśmiechał się do wszystkich, był miły, jednak czuł, że jest niesprawiedliwie oceniany. Z czasem to poczucie krzywdy zaczęło przybierać rozmiary chorobliwej obsesji. Druga żona Szalawskiego, przy której znalazł bezpieczną przystań, aktorka Izabella Wilczyńska wspominała jego reakcję na propozycję zagrania Juranda w "Krzyżakach". - Co?! Ja miałbym grać w Krzyżakach ?! Przecież wiadomo, jakie będą od razu konotacje... - zżymał się. Pani Izabella tłumaczyła, że to bardzo dobra rola, która z pewnością mu nie zaszkodzi. Była to rola wybitna. Krytycy uznali, że Ford nie mógł dokonać lepszego wyboru do tragicznej postaci Juranda. Wydawało się, że życie zaczęło toczyć się normalnie. Razem z żoną przenieśli się do Gdańska, grali w teatrze Wybrzeże. W 1966 roku Sąd Wojewódzki dla miasta Warszawy zdecydował o zatarciu skazania. Jednak przeszłość znów się odezwała, podczas zjazdu SPATiF-u zgłoszono kandydaturę Szalawskiego do władz związku. Wtedy jedna z aktorek wystąpiła z patriotyczną mową, wyzywając Szalawskiego od kolaborantów, a młody aktor, zgłoszony do władz zagroził, że wycofa swoją kandydaturę, jeśli ma być z nim zdrajca Polski... Był to szok dla Andrzeja Szalawskiego. Nawet podczas nieuczciwego procesu (nie dopuszczono żadnego ze świadków, którzy mogliby udowodnić kontrwywiadowczą pracę aktora) nie spotkał się z takim potępieniem i nienawiścią. Kilka dni później znalazł się w szpitalu, miał krwotok z otwartego wrzodu dwunastnicy. Zwrócił się z prośbą o rehabilitację do Gustawa Holoubka, który pomimo szczerych chęci i zrozumienia sytuacji, nie mógł mu pomóc. - Był zawieszony między prawdą a niemożnością jej ujawnienia. Podczas procesu i przez wiele lat nie mógł ujawnić kolegów z AK, groziłoby im więzienie. " To był najuczciwszy i najbardziej prawy człowiek, jakiego znałem. Miał obsesję, która w nim narastała. Bał się, że znowu mogą go oskarżyć. Gdziekolwiek wyjeżdżał, zawsze zabierał ze sobą papiery, które potwierdzały jego niewinność - wspominał pasierb Szalawskiego, aktor Marcin Troński." Miał je ze sobą w Skolimowie, gdzie pojechał na rekonwalescencję po wylewie, którego doznał zaraz po przejściu na emeryturę w 1980 roku. Fizycznie czuł się doskonale, lecz nadszedł kolejny wylew... Zmarł 11 października 1986 w Warszawie. Za jego życia nie przeprowadzono rehabilitacji...